Kremowe sery, chrupiące i świeże bagietki, pyszne oliwki, pierwsze w życiu mule i najlepsze lody pistacjowe- tak w pigułce mogę opisać kwintesencję regionalnej kuchni prowansalskiej. Ale jedzenie we Francji to nie jest obowiązek- tylko przyjemność, a wręcz rytuał.
Panuje tam określony styl życia: rano drobne śniadanie (czyt. kawa i ewentualnie słodka bułka), od godziny 12 do 15 obiad, na który składa się najczęściej duża kanapka typu
pannini lub sałatka. A od 19 zaczyna się maraton. W restauracjach zaczyna byc gwarno i tłoczno. W obiegu znajdują się makarony, sałaty, pizze i mule. A na deser piekielnie mocne
espresso. No i oczywiście wino. Dużo wina:-)
 |
Moja sałata nicqoise.
Les mules provancales.
Linguine avec fruit du mer.
|
Ja zajadałam się mulami i przepysznymi lodami, które można było znaleźć wszędzie. Najlepsze jadłam w
Antibes- prawdziwe pistacjowe z całymi kawałkami orzechów. Niebo...
Dzień przed wyjazdem udaliśmy się jeszcze na targ prowansalski, na którym... no cóż, mówiąc kolokwialnie straciłam głowę:-) W życiu nie widziałam takiej ilości przypraw i oliwek, co tam! Były też owoce, warzywa, sałaty, grzyby, sery i szynki, jednak w niczym nie przypominało to naszych targów.
 |
To są tylko rodzaje soli!
|
Niektóre sklepiki miały piękny wystrój.
Musiałam też spróbowac tradycyjnych
crepes.
No i oczywiście nie mogło się obyc bez zakupów do domu:-) Więc moim łupem padły m.in. miód lawendowy, krem kasztanowy, gofry belgijskie, suszona lawenda, kwiaty róż, zioła prowansalskie i prawdziwe maślane herbatniki.
I to by było na tyle z mojej wycieczki i dobrze, że zdjęcia mi pozostały, bo większość smakołyków niestety już nie ma...